sobota, 6 lipca 2013

dzien 9

Byl za to bardzo bogaty w wydarzenia, gdyz bylismy na wycieczce morskiej na wyspie Giftun. Bylo fantastycznie, ale musimy ochlonac i przetrawic i relacja jutro. Chwilowo uzupelniamy braki w plynach oraz smarujemy sie kompulsywnie wszelkimi balsamami jakie przytargalismy, gdyz sloneczko dawalo. Bardzo. Generalnie zyjemy, nic nas nie zjadlo, rewolucja cicho siedzi i ogolnie zle nie jest.

dzien 8

Tak tylko z kronikarskiego obowiazku - przelezelismy na plazy, nie dzialo sie kompletnie, absolutnie nic.

czwartek, 4 lipca 2013

rewolucja



Z okazji rewolucji duze zmiany. Na sniadaniu – tadam – jajka sadzone! Po raz pierwszy odkad tu jadamy. Chyba zabraklo jakiegos skladnika I omlety przestaly byc wykonalne. Przywrocono takze, zapewne w wyniku  niepokojow spolecznych, ciemny miod do nalesnikow, ktory wycofano kilka dni temu, ku niezadowoleniu ogolnemu, glownie mojemu. Pojawil sie rowniez na sniadaniu melon, ale taki prawdziwiy, obrany na miejscu a nie w niewiadomego pochodzenia wodzie (pomoglismy troche rewolucji, nabywajac melona na miescie przedwczoraj).
Z okazji rewolucji prad od tej pory wylaczaja rano najwyrazniej. To apropo poprzedniego posta. Po sniadaniu udalismy sie na plaze, a w miedzyczasie Mr One Dollar (tak zwiemy naszego pana od konserwacji powierzchni naszego apartamentu) dokonal czynu rewolucyjnego, tj po tygodniu dostarczyl poszewke na trzecia poduszke wywleczona na lozko zaraz po naszym przyjezdzie. A do tego na wychodne ustawil rewwolucyjnie klime na 20stopni powodujac ze w naszej lodowce bylo cieplej niz nazewnatrz. A nastepnie wietrzylismy pol godziny pokoj zeby sie ogrzalo.
W ramach rewolucji kasia pierwszy raz w sumie tez weszla do wody dzis. Z wiadomymi juz skutkami. ja z kolei wymacalem na dnie przy plazy dzieciecej piekna muszelke. Nawet chcialem wreczyc kasi te piekne trofeum, ale poczatkowo nie wiem czemu nie chciala przyjac. potem cos mnie ugryzlo w palec I okazalo sie ze muszelka ma lokatora. Nasza przyjazn sie skonczyla.
Potem byla przygoda z murena, ktora gwoli scislosci nie byla dwumetrowym mutantem, tylko murena szara (https://picasaweb.google.com/lh/photo/sYd9gh9XtcTkjuRWODNozg), ok 40cm, ale nawet ja suie przestraszylem bo skubana zaczela naprawde naparzac w naszym kierunku. A w ogole jestesmy madrzejsi od dzisiaj, bo w czynie rewolucyjnym, aby wspomoc lokalna ekonomie itd. nabylismy przewodnik po rafie morza czerwonego. Sprowadza sie do folderu ze zdjeciami rybek I nazwa oraz stopniem jadowitosci. Wielu naszych podwodnych przyjaciol zostalo zidentyfikowanych, ale nie wszyscy. W kazdym razie mamy jeszcze lepsze pojecie co nas moze spotkac we wodzie, a spotka napewno bo w sobote grzejemy na giftun na caly dzien. Wg przewodnika jest 5 gatunkow rekinow, dobrze ze nie ma wezy elektrycznych czy cos w tym stylu. Ale… po przygodzie z morena (w sumie ta murena byla blond) postanowilem odswiezyc sobie wspomnienia I polazlem jeszcze raz sie ponamaczac. Poniewaz wiatr troche ustal, w koncu woda sie uspokoila, widocznosc zwiekszyla a powierzchnia wygladzila. A rybie towarzystwo wylazlo na zer. Snurkowalo mi sie wysmienicie, maska mi sie nie pocila, wode nie nalewala gora, ryby nie napastowaly, az za jedna rozdymka wzrokiem podazylem tam gdzie I ona, a tam - czarna murena. Na szcescie tez nieduza I schowana, tylko pysk wystawal. One ogolnie sa dosc niesmiale, wiec tym bardziej ta blond murena byla jakas nadaktywna. No ale to juz dzis bylo wiec podryfowalem dalej. Oo ryba ukwialowa pomyslalem widzac malutka kolorowa rybke zoltoczarnobiala podazajaca do swojego ukwialu na skale. Tyle ze zaraz pod ukwialem rozlozylo sie najwieksze dotychczas (I moze niech tak pozostanie) diabelstwo jakie widzialem – patelnica niebieskoplamista (http://www.lumisfera.pl/photo/663245/patelnica+niebieskoplama.html), w skrocie plaszczka. Plaszczka lezala centralnie pode mna, a dodam ze woda w tym miejscu nigdy nie przekracza metra. Miala cala ponad metr I skladala sie w polowie z dlugiego ostrego ogona a w polowie z szarego falujacego upstrzonego intensywnymi chabrowymi kropami placka. Z placka wystawaly oczy I sie patrzyly. A calosc sprawiala wrazenie gotowosci w blokach startowych do pogoni. Po tym wszystkim uznalem ze troche za duzo podwodnych rewolucji na dzis  I dalem, co tu duzo mowic – dyla na zgory upatrzone pozycje,tj lezak.aczkolwiek baaardzo zaluje ze nie mam aparatu podwodnego :(((

Literalnej rewolucji u nas nie bylo widac, jak juz wspomnialem. Do dzis. Dzis mielismy pokazy lotnicze. Cztery mysliwce przelecialy nam tuz nad glowa trzy czy cztery razy w celu pokazania sily ewidentnie I kto teraz rzadzi, za kazdym razem troche nas ogluszajac. Dziwne to uczucie, bo na pokazach halasu sie czlowiek spodziewa, w okol atmosfera piknikowa I otoczenie lotnicze, uzbrojone rakiety nie robia jednak wtedy takiego wrazenia. Cisza spokoj, woda chlupie, kraby buduja domki a tu sru, chociaz bez dopalaczy. Wstyd przyznac ale nie jestem na biezaco I zainteresowani beda rozczarowani brakiem znajomosci typu wyposazenia armii egipskiej – ale samoloty wojskowe nigdy nie byly moja mocna strona. Niemniej obstawiam jakies su albo migi. A do tego byly nisko latajace smiglowce szturmowe krazace tuz nad plaza (panowie zdaje sie nie machali do plazowiczow w gescie przyjazni), na oko przypominajace blackhawki. Ale tu znow pewnosci nie mam. Moze to bliskosc lotniska przyciagala takie atrakcje, ladowal jeszcze herkules J
I jeszcze ucialem sobie pogawedke z rzeczonym wczesniej osama, ktory sprzedaje wycieczki po morzu na temat wlasnie rewolucji. okazuje sie ze za mubaraka bylo wszystko I tanio, a przez ostatni rok wrecz przeciwnie, w dodatku wszystko szlo do palestynczykow zamiast do egipcjan. Nie moglem nie przyznac osamie racji w sumie, aczkolwiek niesmialo dodalem ze u nas po dwudziestu latach mamy jako tako, I ze to nie dziala ot tak w rok, I ze to chyba skomplikowane u nich ogolnie, ale osama chyba nie zrozumial o co mi chodzi…  
Odpukac - rewolucji zoladkowej jak dotad nie bylo.

Zyczymy dobranoc.



dzien 7. Baila, baila murena.



Dzis mial miejsce epokowy fakt a mianowicie, wlazlam w koncu do wody. Ciocia komunistka w koncu spakowala walizki I pozwolila mi jak czlowiekowi zazyc kapieli morskiej I slonecznej! Od razu na wstepie powiem, ze ja nie mam do tych wszystkich morskich stworow jakiegos przesadnie enuzjastycznego stosunku, ok, ladne som, popatrzec mozna, nawet chetnie, przez jaka szybke, w akwarium na discovery itd.. ale moze niekoniecznie z odleglosci  5cm! [tu pawel, z 5cm jest najzabawniej :D] rzecz gustu
Ja tam wole zachowac dobre hrabiowskie maniery I etykiete I sie z morskim pospulstwem nie fraternizwoac za bardzo! No ale od tygodnia slysze okrzyki zachwytu no I w koncu po to tu przyjechalismy, bo przeciez oprocz tych rybek to tu nic nie ma ciekawego, no to wlazlam. Nawet wsadzilam leb pod wodei I porobilam vadera za pomoca rurki. Proscizna! Proscizna jak sie to cwiczy na pieknej lasze bialego piaseczku, a jedyne rybeczki ktore pokazuja sie w zasiegu wzroku sa maluskie, bialuski I jest ich 3. Gorzej, jak trzeba przedrzec sie przez okropne skaly z dziurami w ktorych siedza potwory a fala macha czlowiekiem w sposob totalnie nieprzewidywalny! Oczywiscie nie lazimy po samych skalach, celujemy w male kawaleczki piasku pomiedzy nimi, ale I tak to nie na moje hrabiowskie nozki!  No ale dobra, wlazlam. Rybeczki byly nawet sympatyczne,  zieloniutkie, zolciutkie, w paseczki, tylko takie male czarno – zielone nieco za bardzo sie przytulaly, no ale dobra male byly, mozna im w ostatecznosci przebaczyc. Widzielismy tez taka duuuuuuuza zielonom z zebami, ladna, na szczesie za bardzo nie chciala sie zaprzyjazniac. Juz mielismy wychodzic, kiedy zobaczylam, ze cos sie macha w dziurze. Takie biale. Mysle, a to dranie torebke foliowa do wody wrzucili, skandal! Ale to nie byla torebka bo odkrecila sie w tej dziurze I rozwarla wielkom paszcze z zebami I zaczela plynac w naszym kierunku.  wtedy to juz uznalam ze ja dziekuje, postoje. Na brzegu. Tak do konca pobytu.  No ja wszystko rozumiem podwodne skarby te sprawy, ale ataku mureny nie bylo w pakiecie jak kupowalam ten all inclusive! Przezycie z gatunku tych wiekszych 
A to jeszcze nie byl koniec jesli chodzi o podmorskie przygody, ale to juz pawelek napisze bo ja wiecej nie wlazlam do tego siedliska wezow I zmij. Przynajmniej chwilo, do jutra moze sie jeszcze namysle.

dzien 6


Podejscie drugie. Podejscie pierwsze bylo rano I zaowocowalo notka na poltorej strony. Niestety wtedy wysiadl prad.
No wiec co ja tam napisalem… napisalem o tym ze zyjemy I ogladamy cnn I tvpolonie I tylko stad wiemy ze cos sie dzieje w ogole bo jeszcze do dzis inaczej trudno sie bylo zorientowac. Ale o tym za chwile.
Bylo tez o tv polonii, dzieki ktorej odswiezylismy sobie pamiec w zakresie polskich kreskowek I poznalismy definicje nietoperza w wykonaniu kota bonifacego, tego od filemona: ani to porzadny ptak, ani to porzadna mysz, paskudztwo.
Byla historyjka o azorze I jego panu. Azor bynajmniej to nie pies – to ibis. Taki bialy ptak brodzacy na szczudlach po brzegu plazy. Ten jest wyjatkowo udomowiony, ma swojego pancia na plazy, tutejszego araba-rybaka, ktory wczoraj postanowil azora wyprowadzic na spacer. Przy uzyciu tradycyjnej zarzutni nalapal kilka rybek, a nastepnie z pelna celebracja rzucal azorowi rybki do wody, coby ten sobie j zlowil, niemalze uzywajac komendy aport. Azor dzielnie biegal za rybami, a zanim w ogole dostal wyzerke, podskakiwal naokolo pana w kolko, a gdyby mogl robilby to na  tylnych lapach. gdyby mogl szczekac – tez mialby duzo do powiedzenia J
Bylo jeszcze o krabach – bobach budowniczych. Mieszkaja na plazy, tuz przy linii wody, I ich sensem zycia jest odkopywanienorek, ktore w ciagu dnia zalewa woda z piaskiem. Rano, ale tez np dzis po poludniu, buduja malownicze kopce a nawet uprawiaja wrestling bo nie wiedziec czemu jedne dziurki sa lepsze od pozostalych I nalezy toczyc o nie walke…
W skrocie to tyle, reszta w nastepnej czesci.

środa, 3 lipca 2013

dzien piaty - Wyprawa, czyli tam I z powrotem.




Bylismy, zobaczylismy I wrocilismy, co juz uwazam za nasz osobisty sukces!
Zgodnie z zapowiedziami wczesniejszymi wybralismy sie wczoraj popoludniu do miasta Hurgada. Podobno nie ma co jechac przed poludniem, bo raz ze  mega goraco, to zdaje sie ze oni maja jakas sieste czy cos w ten desen, czemu  sie w ogole nie dziwie. Zeby wyjsc  z terenu naszego osrodka trzeba przejsc w upale ok kilometra (naprawde nie przesadzam!) betonowa  droga  bez grama cienia zeby w ogole dotrzec do bramy. Przy bramie zlapal nas obrotny mlodzieniec – wygladal niegroznie, moze dlatego ze mial metr piecdziesiat w kapeluszu. Oswiadczyl, ze zabierze nas do miasta. Zaciagnal nas do swego samochodu, podkrecil glosnosc w tej ichniej wyjacej muzyce I przekrzykujac to wycie wdal sie z nami w pogawedke. Z pogawedki wyniklo, ze nasz kierowca nazywa sie adam malysz, ze bardzo kiepsko mowi po angielsku I ze ma zaciecie jako przewodnik wycieczek, bo opowiadal nam co widzimy przez okno:  hotel hotel!! Carrefour!! Taaa
Jechalo sie dosc szybko, ale juz na miejscu okazalo sie, ze pan adam nie zawiezie nas do mariny tak jak prosilismy, bo ma lepszy pomysl! Wysadzil nas w tzw centrum  a nastepnie zaciagnal do bocznej uliczki, tlumaczac nam zawziecie, ze jak bedziemy chcieli wracac to mamy wrocic do tej bocznej uliczki I kolega pana adama zadzwoni po niego I on, adam przyjedzie I nas zabierze do domu czyz to nie wspaniale.  No srednio wspaniale, bo nastawilismy sie na spacer po marinie I robienie tam zdjec a przez swietne pomysly naszego kierowcy na dzien dobry musielismy te marine odszukac..
Mala dygresja:
Celem naszej wycieczki, oprocz oczywistych celow krajoznawczych, bylo nabycie kleju typu kropelka, gdyz zaraz na poczatku jeden z moich klapeczkow postanowil rozpasc sie na czesci skladowe. A ze to moje ulubione havaianas to postanowilam je ratowac za pomoca kropelki.  Niech nikt nie mysli, ze nabycie kleju w kraju gdzie prawie nikt nie mowi po angielsku a jesli juz nawet to slowo klej nie wchodzi wsklad jego slownictwa jest takie proste…!

Tym bardziej jestesmy z siebie dumni, ze juz w  15 sklepie  (z farbami I calym bialym montazem, Leroy merlin moze sie schowac) za zawrotna cene 2 funty nabylismy super glue made in china! Co prawda zanim trafilismy do sklepu z farbami odwiedzilismy kiosk, apteke, sklep wedkarski, sklep dla nurkow, sklep dla fryzjerow (fryzjerek tu nie ma jak wiadomo), dochodzac przy okazji do wniosku, ze mozna nabyc tu absolutnie wszystko I zaden hypermarket nie jest do tego potrzebny. No moze odrobina arabskiego by sie przydala bo na migi o kropelce trudno gadac.
Koniec dygresji
Szukajac mariny, a przy okazji  rzecz jasna  kleju, wpakowalismy sie oczywiscie w jakas mega slamsowa ulice, gdzie nie bylo w ogole turystow, kobiet moze ze dwie, wyciagaly rece po bakszysz, nie bylo chodnika, za ta przeokropnie smierdzialo I wszedzie walaly sie gigantyczne sterty smieci w ktorych,  na szczescie tylko oczyma wyobrazni, widzialam watahy tlustych szczurow.  Brnelismy tym smietniskiem dobre 40 minut. Minelismy piekny meczet otoczony wysokim plotem. Gdy chcielismy wejsc na teren w sensie za plot w celu zrobienia zdjecia, zostalismy pogonieni. No to zrobilismy zdjecie przez kraty I poczlapalismy dalej..
Tytulem wyjasnienia, w egipcie jest teraz fala protestow, nie do konca lapie przeciw czemu oni protestuja, chyba sie im wlasny prezydent nie podoba, ale efekt jest taki, ze nie mozna pojechac do Kairu ani luksoru. Ale hurgada niby jest bezpieczna. No I byla bo nikt nas nie zabil ani nie obrabowal, ale powiem szczerze srednio fajnie sie przechodzi kolo grup rozkrzyczanych wymachujacych flagami, trabiacych klaksonami tubylcow. Nadalo to dodatkowy wymiar naszej malej wycieczce.
W kazdym razie lezlismy I lezlismy I lezlismy a mariny ani widu ani slychu. Minelismy stocznie, jakas rybacka mega smierdzaca przystan I dalej nic.
Na szczecie na horyzoncie pokazala sie  jakas turystka – od razu bylo widac ze nie jest miejscowa bo miala krociutka spodniczke, ledwo jej tylek zaslaniala no I gola glowe. Zapytalismy ja gdzie ta marina do cholery! Okazlo sie, ze w ogole nie tu gdzie bylismy, ze to daleko I zebysmy wzieli taksowke, bo zakosztuje nas to  5pln a przynajmniej zawioza nas na miejsce. Skorzystalismy z dobrej rady I juz kilka minut pozniej weszlismy do tej nieszczesnej mariny. Marina bardzo europejska, przyjemnie kontrastowala z cala widziana przez nas reszta miasta. W koncu chociaz przez chwile nikt na nas nie trabil, nikt nas nie zaczepial, nikt sie nachalnie nie glapil (fakt, moze zle sie ubralam, ale mialam dlugi rekaw! Co  z tego ze ta koszula cienka I jak sie ktos mocno przyjrzy to widac zarys stanika.. oni sie przygladali palanty jedne)
Polazilismy po marinie wracajac do rownowagi po tym smrodzie I halasie, zrobilismy drobne zakupy pt woda cola itd w pobliskim sklepie (w miescie jest o 2/3 taniej niz w naszym osrodkowym suparmarkecie) I bylismy gotowi do drogi powrotnej. Obladowni siatami z piciem jakos nie mielismy ochoty leciec przez pol miasta na poszukiwanie kolegi naszego kierowcy adama I postanowilismy zlapac taksowke I pojechac nia do domu. Plan byl prosty I latwy do zrealizowania bo oczywiscie natychmiast zaczepil nas kierowca taxowki. Ucieszylismy sie ze tym razem trafil nam sie nie prywatna inicjatywa, tylko normalna, pomalowana na jaskrawo taxowka z krzepiacym napisem taxi. Ale niestety – pan oficjalny taksiaz zazyczyl soebie za kurs do naszego hotelu 50 funtow czyli dokladnie 2 razy tyle co zaplacilismy jadac do miasta. Podziekowalismy grzecznie tlumaczac, ze to zadrogo I ze zaplacimy 20. Pomimo tego, ze pan kierowca nieco zszedl z ceny nie chcilismy az tak przeplacac. Jak zorientowali sie ze nic z nas nie wycisna, zlapali jakiegos kumpla prywaciarza dla nas I przekazali nas pod jego czula opieke. Nasz kierowca prawie wcale nie mowil po angielsku, ale powiedzial ze ok zawiezie nas do Magawish Hotel. No dobra to jedziemy. W miedzyczasie okazalo sie, ze ceny oficjalnych taksowek sa takie wysokie, bo sa jakies duze problemy z benzyna  - jak na kraj bylo nie bylo arabski wsio normalno..
Ale nic to, jechalismy sobie spokojnie o zachodzie slonca, minelismy kilometrowa kolejke przed stacja benzynowa, a nastepnie nasz zjazd do hotelu. Dziwne uczucie, mignelo nam przez chwile, ze ale moment, panie kierowco, prosze nas nie porywac my z polski nie mamy pieniedzy!! Na szczescie okazalo sie, ze pan kierowca poprostu sie zamysli I  zapomnial  skrecic! Przepraszal solennie I wzial sie do zawracania. Poniewaz droga tu dwujezdniowa a do najblizszej zawrotki niewiadomo ile, postanowil wykorzystac zawrotki z przeciwnego kierunku. Czyli pod prad niemalze na wstecznym. Noc juz zapadla I wizja katastrofy ladowej jawila sie coraz wyrazniej, zwlaszcza ze pan taksowkarz ruszal ze srodka drogi w tempie tutejszych mrowek. W koncu udalo mu sie odpalic, ruszyc I wlaczyc do ruchu. W nagrode dostal dolara napiwku.
Chwilowo osobiscie mam dosc wycieczek, mecza mnie te arabskie miasta jednak mocno.

poniedziałek, 1 lipca 2013

dzien czwarty


Tu pablo. A ja nie narzekam. Role nam sie odwrocily – ja wcinam jak leci, sprzatam caly talerz, I czekam az moje kochanie przestanie sie bawic jedzeniem (wzglednie rozda wszystko kotom). Chodze spac z kurami (kotami?) , wstaje o swicie (8 rano zeby nie bylo) – moje kochanie lunatykuje do switu a potem odsypia w dzien – np tak jak dzis. W efekcie spedzilem uroczy dzien na plazy w oczekiwaniu az ktos mi nasmaruje plecy ale sie nie doczekalem z wiadomym efektem. Nie, nie chodzi o to ze nasmarowala mi je jakas rosjanka :]
(Tu kasia, moje kochanie usiluje powiedziec, ze usmazylo sobie plecki jak frytke ale twardo bidaczek twierdzi, ze nic go nie boli…)
Bo nie boli.
W ogole ten czas jakos niepokojaco szybko leci. Moze dlatego ze malo sie dzieje tak naprawde. Mamy zakaz opuszczania miasta, to sie moze do niego przejedziemy. Ale to dopiero przed nami. Wczoraj dzien zapisal sie zlotymi zgloskami w dziejach literaturoznawstwa swiatowego – poniewaz przeczytalem ksiazke I do tego cala w jeden dzien. A ksiazka miala ponad 400 stron! Ale byla ciekawa bo o amazonii, bajka troche ale polecam Rollinsa, jak ktos lubi Cusslera I Indiane Jonesa to mu sie spodoba. O ile polecac moze cos ktos kto ostatnio czytal rozklad jazdy autobusow….
Dzis jak juz wspominalem plaza byla cala I tylko moja juz od rana. Wiec zaczalem od randki z tutejsza podwodna fauna. I to doslownie randki, bo po chwili nieruszania sie zostalem otoczony lawica tych wszystkich rybek o ktorych pisalem wczesniej, lawica zaczela sie zageszczac az w koncu jedna z bardziej napalonych – UGRYZLA MNIE W NOS! a zaraz potem druga w reke. One bezzebne byly co prawda wiec nic takiego, ale postanowilem sie wycofac w okopy. A wiadomo co Im do lba strzeli… potem bylo testowanie pletw I roznych konfiguracji maski I okularkow, oczywiscie w bezpiecznym odstepie, co by sensacji nie powodowac u bezzebnych.

Plan na jutro – miasto. Taksoweczka. Pozyjem uwidzim.