piątek, 12 lipca 2013

epilog

no wiec wrocilismy. jestesmy juz w domu, z ktorego mamy wrazenie jakbysmy wyszli wczoraj. ten wyjazd byl inny niz poprzednie - nie wiem czy lepszy czy gorszy, ale napewno szeroko rozumiany przywieziony bagaz - duzo mniejszy... dzieki temu ze sie nie za wiele dzialo napewno odpoczelismy fizycznie. przez to ze nie za wiele sie dzialo, zlecialo nie wiadomo kiedy, mimo ze ostatnie dni juz sie troche dluzyly i mamy wrazenie jakbysmy byli tam tylko kilka dni. wlasnie tych dni, ktore z jakiejs przyczyny zapadly nam w pamiec, a bylo ich zaledwie kilka. czyli krotko podsumowujac - taka forma wypoczynku chyba nie dla nas... przynajmniej mozemy to stwierdzic bo sprobowalismy na drodze eksperymentu :)

a odpowiadajac na pytanie tytulowe bloga, dla nas recepta byla zdecydowanie jak najwieksza ilosc wycieczek na morze, ktore jest glowna o ile nie jedyna, przynajmniej w obecnej sytuacji politycznej, atrakcja tego kierunku. oraz pisanie tego bloga ;) a tym ktorzy dotrwali do konca dziekujemy ale przede wszystkim gratulujemy - mamy nadzieje ze dalo sie czytac i ze sie podobalo :)

odliczanie do nastepnego urlopu rozpoczete.

czwartek, 11 lipca 2013

dni ostatnie

piszemy juz z Polszy, na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, a na razie krotki zrzut z ostatnich dwoch dni:

- noga mi nie odpadla, wrecz przeciwnie ma sie bardzo dobrze
- faktyczna zemsta makdonalda dopadla mnie godzine po przekroczeniu progu domu, ni mniej ni wiecej, tylko wlasnie wtedy, zupelnie nie wiem jak wytlumaczyc ze nie stalo sie to nad Morzem Srodziemnym na 10km
- zemsty faraona indiana jones u uczestnikow nie zaobserwowal (staral sie bardzo i wielotorowo zeby tak zostalo)
- wycieczka na morze odbyla sie i byla super, lodeczka wiozla oprocz nas szwedzka rodzine i sternika, przeprawa przez ciesnine tym srodkiem transportu przy 6bf byla niezapomniana.
- niezapomniana byla rowniez wizyta na wyspie magawish, gdzie bylo moczenie we wodzie z plastikiem na twarzy i dalsza integracja z rafa, a nastepnie krotki pobyt na piaszczystej lasze w stylu karaibskim na srodku morza (https://ssl.panoramio.com/photo/32140679)
- dzisiejszy dzien zaczalem od porannego namaczania o 6 rano w celu pozegnania sie z fanklubem, magiczna chwila :) (http://www.superakwarium.pl/foto/1253571119.jpg)
- wysniona i wymarzona ksiazka zostala nabyta w ostatniej chwili na lotnisku, dzieki czemu bylo co robic podczas lotu (czyt. ekscytowac sie rybkami)
- z ksiazki wynika, ze wszystko a napewno wiekszosc co zyje w morzu czerwonym kaleczy, kluje, gryzie a niekiedy paralizuje lub zjada w calosci. jak to mozliwe ze tego nie doswiadczylismy...
- lot generalnie minal przyjemnie, tez dzieki nabyciu trzech buteleczek bialego prawdziwego chardonnay, ale przede wszystkim kiedy przenieslimy sie do ostatniego rzedu gdzie byla cisza i spokoj. bo najpierw wylosowalismy najbardziej rozkoszna rodzinke w calym samolocie, i to naprawde bez przesady, wszyscy siedzieli w spokoju tylko ci dawali czadu. poddalismy sie kiedy usilujac czytac ksiazke o rybkach, zaczalem podskakiwac w rytm podskakiwania sasiadujacego dzieciecia lat 2. a juz bezcenny byl nierozumiejacy naszego braku zachwytu nad jakze uroczym szkrabem wzrok mamusi, ktora wydawala sie byc w ciaglym szoku ze zdecydowala sie zabrac te przedszkole ze soba do afryki
- opalenizna zaczela gwaltownie blednac wraz z wejsciem na poklad samolotu i niestety zdaje sie kontynuowac ten podly proceder

aaa, zapomnialbym! oczywiscie czarter nie bylby soba gdyby nie burza oklaskow wspolkuracjuszy zaraz po dotknieciu pasa. w tym halasie krzyk jednego z dzieci "boje sie! boje sie!" byl prawie nieslyszalny... moze naogladalo sie biedactwo discovery channel zamiast dobranocek...

wtorek, 9 lipca 2013

dzien juz 12

nuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuda panie, nic sie nie dzieje. Tylko wichura leb urywa. Wywialo nas dzis z plazy, a potem z basenu na ktory poszlismy po raz pierwszy w desperacji, bo na plazy wicher smagal czlowieka piaskiem po zebach. Na basenie byly fale i tez leb urywalo wiec szyko ewakuowalismy sie do domku.
Wyprawa do maka niestety nie pozostala bez echa, bo pawelek zaniemogl byl nieco zoladkowo (kara za rozpuste) i dzis pozywial sie na kolacje ryzykiem jeno. Ale zawsze to jakies urozmaicenie z drugiej strony..
jutro ostatni dzien mozna powiedziec, bo pojutrze rano jedziemy.
W zwiazku z ostnim dniem jedziemy na wycieczke na morze, popatrzec pozegnalnie na rybki.

i tyle na dzis, bo naprawde nic sie nie dzieje.
a ile mozna narzekac na zarcie ;)


poniedziałek, 8 lipca 2013

dzien 11


Poniedzialek
Dzis jakos mocno wieje, tzn jeszcze mocniej niz dotychczas. Sypie piaskiem w oczy co prawda ale moze dzieki temu da sie tu wytrzymac w poludnie. Gdyby nie ten orzezwiajacy wiaterek 50km/h w naszym hotelowym tropikalnym ogrodzie zlozonym z kurzu I piasku byloby z 60 stopni… tuz przed zmierzchem postanowilem jeszcze zaliczyc male spotkanie z fanklubem (tak nazywam zestaw tych samych od poczatku rybek ktore mieszkaja w tym samym miejscu, tj naprzeciwko naszego parasola, I witaja mnie entuzjastycznie za kazdym razem kiedy sie pojawiam). Spotkanie niezbyt udane bo leb urywalo I nie dalo sie spokojnie dryfowac po powierzchni – wichura pchala po wodzie tak mocno ze ciezko bylo wyhamowac przed rafa, w dodatku woda metna I generalnie malo ciekawie, wiec dosc szybko wyszedlem – wracanie pod wiatr mi dostarczylo wystarczajacego wysilku. Za to od momentu wyjscia z wody wszystko potoczylo sie jak u nas nad baltykiem. Wyszedlem I natychmiast zarzucilem recznik (pierwszy raz tutaj), nastepnie szczekajac zebami pobieglem do domu, a slonce jeszcze swiecilo zaznaczam. Od razu wzialem cieply (?!) prysznic, ale to przez to ze komus nie przeszkadza ustawiona na mrozenie klima, czyli na 27 stopni.
Musze sie wtracic, nie moja wina, ze ktos tu jest zmarzlina I mu wiecznie zimno!! 27 stopni to jest wiecej niz w polsce przez cale lato wiec juz nie przesadzajmy!!
No co ja poradze… czym predzej po wyjsciu z lazienki odkopalem z dna walizki SKARPETKI. Uczucie naglego oziebienia klimatu potegowala noc za oknem, ale przede wszystkim przerazliwie wyjacy wiatr, taki co puszczaja w sciezce dzwiekowej do filmow ktorych akcja toczy sie na antarktydzie I wystepuja w nich glownie pingwiny. Wrazenie ze za drzwiami polski listopad bylo jedyne w swoim rodzaju…

Mamy nowe zwierzatko domowe. Jaszczurke. Wlazla nie wiadomo kiedy I ktoredy. Zamieszkuje sciany I narazie nic od nas nie chce. Ciekawe kiedy zglodnieje.

Wrocilismy z kolacji. Piwa mam juz po wentyl. Kasia ma po wentyl pepsi. CHCEMY WINA!!!! Pieczone kurczaki I makaron w sosie pomidorowym ida w odstawke na najblizsze polrocze. Stanowczo protestujemy takze przeciwko jajkom, nalesnikom oraz francuskim tostom na sniadananie. Tym bardziej niewyslowiona przyjemnosc stanowila dzisiejsza odmiana kulinarna jakiej doswiadczylismy podczas wyprawy do tutejszej arkadii. A konkretnie do mcdonalda ktory oczywiscie tu jest I ma sie swietnie. Zeby nie bylo nieporozumien – do maka chodzimy tylko na wyjazdach I to tylko do toalety. Jedynymi produktami spozywczymi ktore zdarza nam  sie sporadycznie kupowac to kawa ciastko I juz dawno nie probowany shake. Ale tu postanowilismy sprawdzic regionalny odcien globalnej marki.
Tu kasia, jadlam FRYTKI!!! I byly SLONE!! Raj na ziemi normalnie!! :D oni tu gotuja jak dla niemowlat, nie uzywaja nawet soli, zadna potrawa ktora jadlam nie miala smaku pawelek twierdzi, ze fasole sola I groszek, no ale kto normalny je groszek??!!
Zamowilismy bigmac chicken oraz mcarabia kofta, oba w wersji menu, czyli z wielkom kolom. I frytkami jak juz wiadomo. Nie ukrywam ze liczylem na troche egzotyki, no I dostalem pite z wolowymi kotlecikami. A kasia, tak tak, glownie pamieta frytki. Kole musialem wymienic przytomnie, bo byla do polowy z lodem a jak wiadomo lodu sie tu nie je. No w kazdym razie, az sam sie dziwie ale dobre bylo. Szczegolnie frytki.
W arkadii byly rozne sklepy europejskie, ceny tez. Byl tez supermarket I dalo zrobic sie normalnie zakupy, nie targujac sie o wszystko I placac karta. Jakos targowanie mi nie wychodzi… chociaz fakt, jest to latwiejsze wtedy kiedy ma sie jakis punkt orientacyjny – np krolewna przydala sie o tyle ze przyblizyla koszt taksowki na 10 funtow, wiec slyszac 40 moglem nawet nie udajac spektakularnie parsknac smiechem – I negocjacje natychmiast nabieraly tempa. Zabawna byla tez moja piesza wycieczka do pobliskiego bardziej tradycyjnego w formie bazaru kleopatra, ktory z daleka zachecal napisami typu bookshop, a poniewaz akurat wlasnie w arkadii nie bylo ksiazki na ktora sie napalilem (atlas rybek w morzu czerwonym J) uznalem ze napewno tam bedzie bo to turystyczne wydawnictwo w koncu, a kleopatra tuz przy hotelach znajduje sie. No wiec polazlem 15 minut w upale po asfalcie I pod wiatr piaskiem w oczy do tej kleopatry, wchodze do tego bookshopu ale jakos ksiazek nie widze. Docieram do samego konca, gdzie trzej panowie rozlozeni jak basze radza napewno o waznych politycznych sprawach. Wymiana zdan wygladala mniej wiecej tak: dzien dobry, gdzie sa ksiazki? Nie ma. A czego potrzebujesz? Ksiazki. A to nie ma. To czemu to sie nazywa bookshop? Just a name…
Oblecialem caly ten przybytek wzdluz do konca I z powrotem, oczywiscie udajac ze nie slysze co dwa metry sigariety! Maj frend! Zapraszaju! Zaden z szyldow nie zgadzal sie z tym co bylo w srodku, a wkazdym sklepie bylo to samo – tshirty, srebro zloto, I tandetne pamiatki. A no I sigarjety.

 tu Kasia, jeszcze dwa zdania z innej beczki. Jednym z celow naszej wyprawy do sklepu bylo nabycie dla mnie czegos do czytania. Przywiozlam oczywiscie chyba ze 12 ksiazek, ale juz przeczytalam, niestety.. Jakos szybko mi poszlo na tej plazy i w ogole, wreszcie mam czas na czytanie!! W rozpaczy eksporowalam hotelowa polke z cyklu wez jedna, zostaw inna (ksiazke) ale nie znalazlam nic do czytania w zadnym zrozumialym jezyku - wszystko bylo po skandynawsku!! albo po niemiecku albo po jakiemus dziwnemu. Dopadlam tylko dwa zczytane do cna harlekiny po polsku i az wstyd przyznac, juz je przeczytalam. Matko kochana, wstrzasajaca lektura. Ale jak sie pieknie kochaja te panie w tych przystojnych idealnych opiekunczych kochajacych dzieci i psy facetach.. musze przestac bo mi zaszkodzi. W tutejszej arkadii nabylam za zawrotna sume 57!! funtow harlekina rowniez (bo nie bylo nic tanszego, a nie bede iwestowac 200pln w czytadlo!!), ale przynajmniej po angielsku, jest szansa ze nie wszystko tak idealnie zrozumiem i moze dzieki temu powstrzymam mdlosci. 
ale ja musze miec co czytac..

dzien 10


Niedziela nie wiemy za bardzo kiedy nam zleciala – poszlismy na sniadanie a potem nagle juz byla 15 I jakos tak przebalaganilismy caly dzien.  Jedyna  nowa nowosc jest taka, ze Pawelek postanowil za dosc uczynic tradycji wyjazdowej I rozwalil sobie stope o skale. Na szczescie zrobil to w butach I dzieki temu najwieksza szkode wzial na siebie but (ma dziure) ale stopa nieco spuchla I nieco boli..

niedziela, 7 lipca 2013

Mary



Trzeba zaznaczyc ze na naszym statku bylismy jedynymi polakami, byla jakas para rosjan, a reszta, jakies 20 osob, to szwedzi, finczycy I inne skandynawskie nacje. Zaloga tez czesciowo byla skandynawska w zwiazku z tym I moglismy posluchac okraglego angielskiego przez chwile dla odmiany. Bylo rzeczowo konkretnie acz sympatycznie I zhumorem. Byla tez jedna pani ktora wyrozniala sie z reszty. Ciemna karnacja, ale ubrana wakacyjnie, z kolei nie nurkowala ani nie plazowala… kto to byl opowie kasia bo z nia zamienila dwa slowa.
Nawet wiecej niz dwa, bo jak pawel poszedl plywac na ta druga rafe, ja juz mialam dosc wrazen, a poza tym nie zabralam ze soba pletw I dlatego zostalam na statku. Razem z kilkoma innymi osobami, w tym z Mary. Mary sama mnie zaczepila I wdala sie ze mna w pogawedke.  Jak sie okazuje, Mary jest egipcjanka, pochodzi z Kairu, ma dom  przy placu Tahrir I teraz gwozdz programu, jest chrzescijanka.  Wlasnie dlatego postanowila wyjechac z Kairu, bo wedlug jej slow, chrzescijanie nie sa bezpieczni w Kairze. Wszystkiemu  zlemu co sie dzieje w Egipcie, winni sa muzulmanie. Obalony prezydent to marionetka w rekach USA, bo jak wiadomo, Obama dlatego mu sprzyjal, ze sam jest muzulmaninem!
Mary jest pisarka,  twierdzi, ze napisala 7 ksiazek, ale niestety nie bylam w stanie dowiedziec sie na jaki temat, angielski Mary jest baaardzo podstawowy a zasob slow niezwykle ograniczony. Ale I tak milo nam sie gawedzilo. Dowiedzialam sie, ze Mary bywala w Europie, Byla w rzymie, w madrycie jesienia wybiera sie do paryza I londynu, ale ameryki I amerykanow nienawidzi ogromnie.  Raz byla zaproszona do USA I juz miala jechac. Zlozyla tone niezbednych formularzy, zaswiadczen, dostala nawet wize, zaplacila  3 tysiace funtow i…  nie dostala zgody na wyjazd z kraju. Twierdzi, ze to dlatego, ze jest chrzescijanka.
Nie wiem  na ile to co opowiadala mi o swoim zyciu Mary to prawda a na ile poniosla ja fantazja w rozmowie z nieznajoma, niesamowicie jednak bylo porozmwiac z tubylcem. Posluchac jakie sa nastoje w narodzie jakie nadzieje I jakie obawy.   

giftun

Zanim przejde do opisow wczorajszego dnia, podziele sie moim swietym oburzeniem. Przed chwila chcialam wziasc sobie napoj z baru w lobby, ostatecznie zaplacilismy za ten all incl. Stalam przy tym  barze chyba z 10 min, za barem bylo 2 panow starszy I mlodszy obaj ignorowali mnie wytrwale. Nie wiem co pownnam byla zrobic.. zdjac bluzke czy co?? zatanczyc na tym barze?  Cholera mnie trzaska, bo jak pawel albo jakikolwiek inny facet chce cos zalatwic jest obslugiwany w pol sekundy. Glapic to sie na mnie na ulicy potrafia a obsluzyc to juz nie za bardzo.. w takich chwilach  najbardziej wylaza roznice kulturowe..

No dobra spuscialam troche pary :)

Giftun.  Co tu duzo mowic, Giftun jest bajeczny. Gdyby jeszcze posiadal na sobie jakakolwiek roslinnosc bylby wyspa idealna. A tak to jest kupa piachu wystajaca z morza, ale za to z olsniewajaca, idealna plaza. Powiem szczerze, bylam na roznych plazach w zyciu, jamajka byla idealna, majorka zaraz za nia, ale plaza na Giftunie w moim prywatnym rankingu plasuje sie na 3 miejscu. A jesli chodzi o wode I atrakcej podwodne, to no, na 2. Gdyby woda byla cieplejsza byloby pewne pierwsze meijsce! Najwieksza atrakcjana giftunie jest snurkowanie, czyli lezenie na tej blekitnisiuej wodzie w masce I z rurka w paszczy. Tu u nas na plazy to taka sobie srednia rozrywka, bo te ryby atakuja I nachalne sa I glebokosc jest najwyzej na metr przy tej rafce naszej I mi sie nie podoba. Na giftunie jest zupelnie inaczej! Wyobrazcie sobie dluga, snieznobiala plaze z drobniuskim piaseczkiem, przecudnej urody blekitna krystalicznie czysta wode I rozsiane w niej malowniczo niewielkie rafy.  Wchodzi sie jak czlowiek do wody, po mieciutkim piaseczku, dzwoniac zebami z zimna nasadza te maske z rurkom I daje sie nura. Jak doplywa sie do rafy woda ma juz glebokosc ok 2 metrow i to jest idealne!  Rafa jest pod czlowiekiem , milony rybek tez, widocznosc idealna I nie ma sie poczucia, ze zaraz ktoras ryba wplynie ci do rurki ktora oddychasz! Widzialam plaszczke w kropki, mase malych kolorowych rybeczek wszelkich gatunkow, cudnej urody korale, ukwialy, gabki I co tylko moze sobie czlowiek wymarzyc! Ale najwieksza atrakcja bylo stado ryb papuzich! To sa takie rybeczki bajecznie kolorowe, na wielkosc cos jak dorodny karp bozonarodzeniowy, albo nawet wieksze. I sa zielone, niebieskie, zolte, opalizujace, rozowe I generalnie dech zapiera! Czasami doslownie, jak sie naleje do rurki.  Spedzilismy na giftunie 2 godziny, na zmiane mocza cie w morzu I smazac (doslownie!) na plazy.  Jedyny mankament tego Giftunu to calkowity brak cienia. Jest co prawad czesc plazy z parasolami, ale nie mozna tam wchodzic bo to prywatna czesc. Wiec smazy sie czlowiek jak na patelni, ale nic to, atrakcje podwodne wynagradzaja wszystko!  Podsumowujac, jesli ktos byl w hurgadzie I nie pojechal na giftun, to sfrajerzyl!
Moze pawelek opowie o reszcie jak sie wyczerpalam chwilowo.


To moze od poczatku. Zaleta naszego hotelu jest to ze ma przystan I centrum nurkowo-wycieczkowe. Dzieki temu wojaze morskie sa tansze niz kupowane u rezydenta I pewniejsze zdaje sie niz kupowane na miescie. Tak wiec mielismy spod domu transport w cenie. Poplynelismy prosto na giftun, na ktorym nie ma absiolutnie nic – to jest pustynna gora na srodku morza, z dwiema prywatnymi plazami do ktorych doplywaja dedykowane dwie firmy zdaje sie z hurgady. Ale reszta nalezy do zwyklych ludzi, ktorzy zjezdzaja sie takimi statkami jak nasz hurtem, powodujac maly desant na plazy. W drodze naliczylem jakies 40 statkow juz przy wyspie albo plynacych w kierunku. Cala ta flotylla wyrzuca plazowiczow do malych chyboczacych sie lodeczek, po czym z czescia ktora wykupila pakiet nurkowy plynie dalej do swoich nurkowych miejsc. Zanim wysiedlismy przebujalo nas ostro na morzu – wieje caly czas z polnocy ok. 5 bf a morze przeplywa sie pod katem prostym.  Bylo wiec wesolo momentami J nastepnie wrzucili nas do obdrapanej lodki z silnikiem, takiej rybackiej niemalze I przez takie same fale dowiezli do samej plazy. Bo nie ma tam mariny ani zadnego murowanego budynku, nikt tam nie spedza wiecej niz kilka godzin, bo to park narodowy – I mysle ze tak moze zostac. Mimo setek ludzi I stosunkowo malej przestrzeni ktora zajmuja, mimo bardzo duzych rozmiarow calej wyspy, moze nie jest zdewastowane I wcale nie jest tloczno. Gdyby nie pustynne “zaplecze” , tj gdyby posadzic kilka palm I krzakow, mozna by pomyslec ze to karaiby. Turkusowa woda z bialym piaskiem a do tego w bonusie przepiekne I przebogate w zycie rafy – chociaz tylko dla tego jednego dnia warto tu przyjechac. Moze jest bardzo przyjazne, w piachu nic nie siedzi (a przynajmniej nie bylo go widac), I mozna swobodnie lazic po dnie, nawet bez butow. Albo w pletwach tak jak sporo ludzi. Sama rafa jest zachwycajaca roznorodnoscia, kolorami I ksztaltami, nie ma mozliwosci zeby sie znudzic tym co sie widzi, bo po chwili wszystko sie zaczyna mieszac I trudno pamietac wszystkie gatrunki ryb I korali. Moze dlatego tak to uzaleznia :) czlowiek troche zmarznie, troche opije sie solanki, wiec wychodzi na brzeg, ale po chwili znowu chce tam wrocic. To jest tak inny niesamowity swiat w ktorym sie jest gosciem. Wyobrazam sobie ze podobne odczucia mozna miec w amazonii, moze tylko z ta roznica ze tam trudno wyjsc na brzeg jak potrzeba przerwy…  nasza rafa hotelowa napewno nie dorownuje pod wzgledem korali – u nas sa tylko mizerne ukwialy gabki  a reszta to skala. Ale zaskakujaca jest roznorodonosc fauny, ktora wcale nie ustepuje rafom giftunu – ryby sa mniejsze ale zupelnie inne niz tam. Wiec te nasze okolice nie sa takie zle :)
Z giftunu poplynelismy na rafe mniej wiecej w pol drogi do hotelu – rafa siegala powierzchni morza ale nie wystawala nad nia. Ze statku wygladala jak okragla skalna plycizna w kolorze szaroburym. Statki cumowaly jeden obok drugiego tuz przy rafie, a schodzilo sie prosto do wody - zejscie do wody nie rozczarowalo. Rafa miala jakies 10-15m wysokosci I pionowo opadala do plaskiego piaszczystego dna. Nie bylo widac w ogole skaly – calosc to byl jeden gigantyczny, niekonczacy sie ogrod koralowy, ktory juz sam w sobie zapieral dech. Do tego tysiace roznych ryb, z ktorych wiele widzialem po raz pierwszy. Troche zaczelismy oplywac rafe - pod nami plyneli nurkowie wypuszczajacy slupy babelkow co chwila, I troche mozna bylo poczuc sie jak oni, przy odrobinie  zapomnienia, ze jest sie tuz pod powierzchnia. Nurkowie nagle sie zatrzymali pokazujac cos sobie na dnie, po chwili zaczeli robic zdjecia ( a kazdy mial aparat). W koncu jedna ze skal ktora lezala na dnie machnela ogonem. Byla to albo skorpena albo szkaradnica, nie jestem pewien, musze sprawdzic. Byly tez rozne rogatnice, rozdymki, wargacze, cyruliki, ustniki, lawice mniejszych ryb, a cala ta menazeria klebila sie pode mna, czasami obok mnie, nad tysiacami form korala. Nie do konca da sie opisac ten spacer, przed oczami mam mnostwo ujec ale wszystkie razem zlewaja sie w jeden niepowtarzalny kolorowy obraz (z przewaga niebieskiego :)).

sobota, 6 lipca 2013

dzien 9

Byl za to bardzo bogaty w wydarzenia, gdyz bylismy na wycieczce morskiej na wyspie Giftun. Bylo fantastycznie, ale musimy ochlonac i przetrawic i relacja jutro. Chwilowo uzupelniamy braki w plynach oraz smarujemy sie kompulsywnie wszelkimi balsamami jakie przytargalismy, gdyz sloneczko dawalo. Bardzo. Generalnie zyjemy, nic nas nie zjadlo, rewolucja cicho siedzi i ogolnie zle nie jest.

dzien 8

Tak tylko z kronikarskiego obowiazku - przelezelismy na plazy, nie dzialo sie kompletnie, absolutnie nic.

czwartek, 4 lipca 2013

rewolucja



Z okazji rewolucji duze zmiany. Na sniadaniu – tadam – jajka sadzone! Po raz pierwszy odkad tu jadamy. Chyba zabraklo jakiegos skladnika I omlety przestaly byc wykonalne. Przywrocono takze, zapewne w wyniku  niepokojow spolecznych, ciemny miod do nalesnikow, ktory wycofano kilka dni temu, ku niezadowoleniu ogolnemu, glownie mojemu. Pojawil sie rowniez na sniadaniu melon, ale taki prawdziwiy, obrany na miejscu a nie w niewiadomego pochodzenia wodzie (pomoglismy troche rewolucji, nabywajac melona na miescie przedwczoraj).
Z okazji rewolucji prad od tej pory wylaczaja rano najwyrazniej. To apropo poprzedniego posta. Po sniadaniu udalismy sie na plaze, a w miedzyczasie Mr One Dollar (tak zwiemy naszego pana od konserwacji powierzchni naszego apartamentu) dokonal czynu rewolucyjnego, tj po tygodniu dostarczyl poszewke na trzecia poduszke wywleczona na lozko zaraz po naszym przyjezdzie. A do tego na wychodne ustawil rewwolucyjnie klime na 20stopni powodujac ze w naszej lodowce bylo cieplej niz nazewnatrz. A nastepnie wietrzylismy pol godziny pokoj zeby sie ogrzalo.
W ramach rewolucji kasia pierwszy raz w sumie tez weszla do wody dzis. Z wiadomymi juz skutkami. ja z kolei wymacalem na dnie przy plazy dzieciecej piekna muszelke. Nawet chcialem wreczyc kasi te piekne trofeum, ale poczatkowo nie wiem czemu nie chciala przyjac. potem cos mnie ugryzlo w palec I okazalo sie ze muszelka ma lokatora. Nasza przyjazn sie skonczyla.
Potem byla przygoda z murena, ktora gwoli scislosci nie byla dwumetrowym mutantem, tylko murena szara (https://picasaweb.google.com/lh/photo/sYd9gh9XtcTkjuRWODNozg), ok 40cm, ale nawet ja suie przestraszylem bo skubana zaczela naprawde naparzac w naszym kierunku. A w ogole jestesmy madrzejsi od dzisiaj, bo w czynie rewolucyjnym, aby wspomoc lokalna ekonomie itd. nabylismy przewodnik po rafie morza czerwonego. Sprowadza sie do folderu ze zdjeciami rybek I nazwa oraz stopniem jadowitosci. Wielu naszych podwodnych przyjaciol zostalo zidentyfikowanych, ale nie wszyscy. W kazdym razie mamy jeszcze lepsze pojecie co nas moze spotkac we wodzie, a spotka napewno bo w sobote grzejemy na giftun na caly dzien. Wg przewodnika jest 5 gatunkow rekinow, dobrze ze nie ma wezy elektrycznych czy cos w tym stylu. Ale… po przygodzie z morena (w sumie ta murena byla blond) postanowilem odswiezyc sobie wspomnienia I polazlem jeszcze raz sie ponamaczac. Poniewaz wiatr troche ustal, w koncu woda sie uspokoila, widocznosc zwiekszyla a powierzchnia wygladzila. A rybie towarzystwo wylazlo na zer. Snurkowalo mi sie wysmienicie, maska mi sie nie pocila, wode nie nalewala gora, ryby nie napastowaly, az za jedna rozdymka wzrokiem podazylem tam gdzie I ona, a tam - czarna murena. Na szcescie tez nieduza I schowana, tylko pysk wystawal. One ogolnie sa dosc niesmiale, wiec tym bardziej ta blond murena byla jakas nadaktywna. No ale to juz dzis bylo wiec podryfowalem dalej. Oo ryba ukwialowa pomyslalem widzac malutka kolorowa rybke zoltoczarnobiala podazajaca do swojego ukwialu na skale. Tyle ze zaraz pod ukwialem rozlozylo sie najwieksze dotychczas (I moze niech tak pozostanie) diabelstwo jakie widzialem – patelnica niebieskoplamista (http://www.lumisfera.pl/photo/663245/patelnica+niebieskoplama.html), w skrocie plaszczka. Plaszczka lezala centralnie pode mna, a dodam ze woda w tym miejscu nigdy nie przekracza metra. Miala cala ponad metr I skladala sie w polowie z dlugiego ostrego ogona a w polowie z szarego falujacego upstrzonego intensywnymi chabrowymi kropami placka. Z placka wystawaly oczy I sie patrzyly. A calosc sprawiala wrazenie gotowosci w blokach startowych do pogoni. Po tym wszystkim uznalem ze troche za duzo podwodnych rewolucji na dzis  I dalem, co tu duzo mowic – dyla na zgory upatrzone pozycje,tj lezak.aczkolwiek baaardzo zaluje ze nie mam aparatu podwodnego :(((

Literalnej rewolucji u nas nie bylo widac, jak juz wspomnialem. Do dzis. Dzis mielismy pokazy lotnicze. Cztery mysliwce przelecialy nam tuz nad glowa trzy czy cztery razy w celu pokazania sily ewidentnie I kto teraz rzadzi, za kazdym razem troche nas ogluszajac. Dziwne to uczucie, bo na pokazach halasu sie czlowiek spodziewa, w okol atmosfera piknikowa I otoczenie lotnicze, uzbrojone rakiety nie robia jednak wtedy takiego wrazenia. Cisza spokoj, woda chlupie, kraby buduja domki a tu sru, chociaz bez dopalaczy. Wstyd przyznac ale nie jestem na biezaco I zainteresowani beda rozczarowani brakiem znajomosci typu wyposazenia armii egipskiej – ale samoloty wojskowe nigdy nie byly moja mocna strona. Niemniej obstawiam jakies su albo migi. A do tego byly nisko latajace smiglowce szturmowe krazace tuz nad plaza (panowie zdaje sie nie machali do plazowiczow w gescie przyjazni), na oko przypominajace blackhawki. Ale tu znow pewnosci nie mam. Moze to bliskosc lotniska przyciagala takie atrakcje, ladowal jeszcze herkules J
I jeszcze ucialem sobie pogawedke z rzeczonym wczesniej osama, ktory sprzedaje wycieczki po morzu na temat wlasnie rewolucji. okazuje sie ze za mubaraka bylo wszystko I tanio, a przez ostatni rok wrecz przeciwnie, w dodatku wszystko szlo do palestynczykow zamiast do egipcjan. Nie moglem nie przyznac osamie racji w sumie, aczkolwiek niesmialo dodalem ze u nas po dwudziestu latach mamy jako tako, I ze to nie dziala ot tak w rok, I ze to chyba skomplikowane u nich ogolnie, ale osama chyba nie zrozumial o co mi chodzi…  
Odpukac - rewolucji zoladkowej jak dotad nie bylo.

Zyczymy dobranoc.