Poniedzialek
Dzis jakos mocno wieje, tzn jeszcze mocniej niz dotychczas. Sypie
piaskiem w oczy co prawda ale moze dzieki temu da sie tu wytrzymac w poludnie. Gdyby
nie ten orzezwiajacy wiaterek 50km/h w naszym hotelowym tropikalnym ogrodzie
zlozonym z kurzu I piasku byloby z 60 stopni… tuz przed zmierzchem postanowilem
jeszcze zaliczyc male spotkanie z fanklubem (tak nazywam zestaw tych samych od
poczatku rybek ktore mieszkaja w tym samym miejscu, tj naprzeciwko naszego
parasola, I witaja mnie entuzjastycznie za kazdym razem kiedy sie pojawiam). Spotkanie
niezbyt udane bo leb urywalo I nie dalo sie spokojnie dryfowac po powierzchni –
wichura pchala po wodzie tak mocno ze ciezko bylo wyhamowac przed rafa, w
dodatku woda metna I generalnie malo ciekawie, wiec dosc szybko wyszedlem –
wracanie pod wiatr mi dostarczylo wystarczajacego wysilku. Za to od momentu
wyjscia z wody wszystko potoczylo sie jak u nas nad baltykiem. Wyszedlem I natychmiast
zarzucilem recznik (pierwszy raz tutaj), nastepnie szczekajac zebami pobieglem
do domu, a slonce jeszcze swiecilo zaznaczam. Od razu wzialem cieply (?!) prysznic,
ale to przez to ze komus nie przeszkadza ustawiona na mrozenie klima, czyli na
27 stopni.
Musze sie wtracic, nie moja wina, ze ktos tu jest zmarzlina I
mu wiecznie zimno!! 27 stopni to jest wiecej niz w polsce przez cale lato wiec
juz nie przesadzajmy!!
No co ja poradze… czym predzej po wyjsciu z lazienki
odkopalem z dna walizki SKARPETKI. Uczucie naglego oziebienia klimatu
potegowala noc za oknem, ale przede wszystkim przerazliwie wyjacy wiatr, taki
co puszczaja w sciezce dzwiekowej do filmow ktorych akcja toczy sie na
antarktydzie I wystepuja w nich glownie pingwiny. Wrazenie ze za drzwiami polski
listopad bylo jedyne w swoim rodzaju…
Mamy nowe zwierzatko domowe. Jaszczurke. Wlazla nie wiadomo
kiedy I ktoredy. Zamieszkuje sciany I narazie nic od nas nie chce. Ciekawe kiedy
zglodnieje.
Wrocilismy z kolacji. Piwa mam juz po wentyl. Kasia ma po
wentyl pepsi. CHCEMY WINA!!!! Pieczone kurczaki I makaron w sosie pomidorowym
ida w odstawke na najblizsze polrocze. Stanowczo protestujemy takze przeciwko
jajkom, nalesnikom oraz francuskim tostom na sniadananie. Tym bardziej
niewyslowiona przyjemnosc stanowila dzisiejsza odmiana kulinarna jakiej
doswiadczylismy podczas wyprawy do tutejszej arkadii. A konkretnie do mcdonalda
ktory oczywiscie tu jest I ma sie swietnie. Zeby nie bylo nieporozumien – do maka
chodzimy tylko na wyjazdach I to tylko do toalety. Jedynymi produktami spozywczymi
ktore zdarza nam sie sporadycznie kupowac
to kawa ciastko I juz dawno nie probowany shake. Ale tu postanowilismy
sprawdzic regionalny odcien globalnej marki.
Tu kasia, jadlam FRYTKI!!! I byly SLONE!! Raj na ziemi
normalnie!! :D oni tu gotuja jak dla niemowlat, nie uzywaja nawet soli, zadna
potrawa ktora jadlam nie miala smaku pawelek twierdzi, ze fasole sola I groszek,
no ale kto normalny je groszek??!!
Zamowilismy bigmac chicken oraz mcarabia kofta, oba w wersji
menu, czyli z wielkom kolom. I frytkami jak juz wiadomo. Nie ukrywam ze liczylem
na troche egzotyki, no I dostalem pite z wolowymi kotlecikami. A kasia, tak
tak, glownie pamieta frytki. Kole musialem wymienic przytomnie, bo byla do
polowy z lodem a jak wiadomo lodu sie tu nie je. No w kazdym razie, az sam sie
dziwie ale dobre bylo. Szczegolnie frytki.
W arkadii byly rozne sklepy europejskie, ceny tez. Byl tez
supermarket I dalo zrobic sie normalnie zakupy, nie targujac sie o wszystko I placac
karta. Jakos targowanie mi nie wychodzi… chociaz fakt, jest to latwiejsze wtedy
kiedy ma sie jakis punkt orientacyjny – np krolewna przydala sie o tyle ze
przyblizyla koszt taksowki na 10 funtow, wiec slyszac 40 moglem nawet nie
udajac spektakularnie parsknac smiechem – I negocjacje natychmiast nabieraly
tempa. Zabawna byla tez moja piesza wycieczka do pobliskiego bardziej
tradycyjnego w formie bazaru kleopatra, ktory z daleka zachecal napisami typu
bookshop, a poniewaz akurat wlasnie w arkadii nie bylo ksiazki na ktora sie
napalilem (atlas rybek w morzu czerwonym J)
uznalem ze napewno tam bedzie bo to turystyczne wydawnictwo w koncu, a
kleopatra tuz przy hotelach znajduje sie. No wiec polazlem 15 minut w upale po
asfalcie I pod wiatr piaskiem w oczy do tej kleopatry, wchodze do tego
bookshopu ale jakos ksiazek nie widze. Docieram do samego konca, gdzie trzej
panowie rozlozeni jak basze radza napewno o waznych politycznych sprawach. Wymiana
zdan wygladala mniej wiecej tak: dzien dobry, gdzie sa ksiazki? Nie ma. A czego
potrzebujesz? Ksiazki. A to nie ma. To czemu to sie nazywa bookshop? Just a
name…
Oblecialem caly ten przybytek wzdluz do konca I z powrotem,
oczywiscie udajac ze nie slysze co dwa metry sigariety! Maj frend! Zapraszaju! Zaden
z szyldow nie zgadzal sie z tym co bylo w srodku, a wkazdym sklepie bylo to
samo – tshirty, srebro zloto, I tandetne pamiatki. A no I sigarjety.
tu Kasia, jeszcze dwa zdania z innej beczki. Jednym z celow naszej wyprawy do sklepu bylo nabycie dla mnie czegos do czytania. Przywiozlam oczywiscie chyba ze 12 ksiazek, ale juz przeczytalam, niestety.. Jakos szybko mi poszlo na tej plazy i w ogole, wreszcie mam czas na czytanie!! W rozpaczy eksporowalam hotelowa polke z cyklu wez jedna, zostaw inna (ksiazke) ale nie znalazlam nic do czytania w zadnym zrozumialym jezyku - wszystko bylo po skandynawsku!! albo po niemiecku albo po jakiemus dziwnemu. Dopadlam tylko dwa zczytane do cna harlekiny po polsku i az wstyd przyznac, juz je przeczytalam. Matko kochana, wstrzasajaca lektura. Ale jak sie pieknie kochaja te panie w tych przystojnych idealnych opiekunczych kochajacych dzieci i psy facetach.. musze przestac bo mi zaszkodzi. W tutejszej arkadii nabylam za zawrotna sume 57!! funtow harlekina rowniez (bo nie bylo nic tanszego, a nie bede iwestowac 200pln w czytadlo!!), ale przynajmniej po angielsku, jest szansa ze nie wszystko tak idealnie zrozumiem i moze dzieki temu powstrzymam mdlosci.
ale ja musze miec co czytac..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz