poniedziałek, 8 lipca 2013

dzien 11


Poniedzialek
Dzis jakos mocno wieje, tzn jeszcze mocniej niz dotychczas. Sypie piaskiem w oczy co prawda ale moze dzieki temu da sie tu wytrzymac w poludnie. Gdyby nie ten orzezwiajacy wiaterek 50km/h w naszym hotelowym tropikalnym ogrodzie zlozonym z kurzu I piasku byloby z 60 stopni… tuz przed zmierzchem postanowilem jeszcze zaliczyc male spotkanie z fanklubem (tak nazywam zestaw tych samych od poczatku rybek ktore mieszkaja w tym samym miejscu, tj naprzeciwko naszego parasola, I witaja mnie entuzjastycznie za kazdym razem kiedy sie pojawiam). Spotkanie niezbyt udane bo leb urywalo I nie dalo sie spokojnie dryfowac po powierzchni – wichura pchala po wodzie tak mocno ze ciezko bylo wyhamowac przed rafa, w dodatku woda metna I generalnie malo ciekawie, wiec dosc szybko wyszedlem – wracanie pod wiatr mi dostarczylo wystarczajacego wysilku. Za to od momentu wyjscia z wody wszystko potoczylo sie jak u nas nad baltykiem. Wyszedlem I natychmiast zarzucilem recznik (pierwszy raz tutaj), nastepnie szczekajac zebami pobieglem do domu, a slonce jeszcze swiecilo zaznaczam. Od razu wzialem cieply (?!) prysznic, ale to przez to ze komus nie przeszkadza ustawiona na mrozenie klima, czyli na 27 stopni.
Musze sie wtracic, nie moja wina, ze ktos tu jest zmarzlina I mu wiecznie zimno!! 27 stopni to jest wiecej niz w polsce przez cale lato wiec juz nie przesadzajmy!!
No co ja poradze… czym predzej po wyjsciu z lazienki odkopalem z dna walizki SKARPETKI. Uczucie naglego oziebienia klimatu potegowala noc za oknem, ale przede wszystkim przerazliwie wyjacy wiatr, taki co puszczaja w sciezce dzwiekowej do filmow ktorych akcja toczy sie na antarktydzie I wystepuja w nich glownie pingwiny. Wrazenie ze za drzwiami polski listopad bylo jedyne w swoim rodzaju…

Mamy nowe zwierzatko domowe. Jaszczurke. Wlazla nie wiadomo kiedy I ktoredy. Zamieszkuje sciany I narazie nic od nas nie chce. Ciekawe kiedy zglodnieje.

Wrocilismy z kolacji. Piwa mam juz po wentyl. Kasia ma po wentyl pepsi. CHCEMY WINA!!!! Pieczone kurczaki I makaron w sosie pomidorowym ida w odstawke na najblizsze polrocze. Stanowczo protestujemy takze przeciwko jajkom, nalesnikom oraz francuskim tostom na sniadananie. Tym bardziej niewyslowiona przyjemnosc stanowila dzisiejsza odmiana kulinarna jakiej doswiadczylismy podczas wyprawy do tutejszej arkadii. A konkretnie do mcdonalda ktory oczywiscie tu jest I ma sie swietnie. Zeby nie bylo nieporozumien – do maka chodzimy tylko na wyjazdach I to tylko do toalety. Jedynymi produktami spozywczymi ktore zdarza nam  sie sporadycznie kupowac to kawa ciastko I juz dawno nie probowany shake. Ale tu postanowilismy sprawdzic regionalny odcien globalnej marki.
Tu kasia, jadlam FRYTKI!!! I byly SLONE!! Raj na ziemi normalnie!! :D oni tu gotuja jak dla niemowlat, nie uzywaja nawet soli, zadna potrawa ktora jadlam nie miala smaku pawelek twierdzi, ze fasole sola I groszek, no ale kto normalny je groszek??!!
Zamowilismy bigmac chicken oraz mcarabia kofta, oba w wersji menu, czyli z wielkom kolom. I frytkami jak juz wiadomo. Nie ukrywam ze liczylem na troche egzotyki, no I dostalem pite z wolowymi kotlecikami. A kasia, tak tak, glownie pamieta frytki. Kole musialem wymienic przytomnie, bo byla do polowy z lodem a jak wiadomo lodu sie tu nie je. No w kazdym razie, az sam sie dziwie ale dobre bylo. Szczegolnie frytki.
W arkadii byly rozne sklepy europejskie, ceny tez. Byl tez supermarket I dalo zrobic sie normalnie zakupy, nie targujac sie o wszystko I placac karta. Jakos targowanie mi nie wychodzi… chociaz fakt, jest to latwiejsze wtedy kiedy ma sie jakis punkt orientacyjny – np krolewna przydala sie o tyle ze przyblizyla koszt taksowki na 10 funtow, wiec slyszac 40 moglem nawet nie udajac spektakularnie parsknac smiechem – I negocjacje natychmiast nabieraly tempa. Zabawna byla tez moja piesza wycieczka do pobliskiego bardziej tradycyjnego w formie bazaru kleopatra, ktory z daleka zachecal napisami typu bookshop, a poniewaz akurat wlasnie w arkadii nie bylo ksiazki na ktora sie napalilem (atlas rybek w morzu czerwonym J) uznalem ze napewno tam bedzie bo to turystyczne wydawnictwo w koncu, a kleopatra tuz przy hotelach znajduje sie. No wiec polazlem 15 minut w upale po asfalcie I pod wiatr piaskiem w oczy do tej kleopatry, wchodze do tego bookshopu ale jakos ksiazek nie widze. Docieram do samego konca, gdzie trzej panowie rozlozeni jak basze radza napewno o waznych politycznych sprawach. Wymiana zdan wygladala mniej wiecej tak: dzien dobry, gdzie sa ksiazki? Nie ma. A czego potrzebujesz? Ksiazki. A to nie ma. To czemu to sie nazywa bookshop? Just a name…
Oblecialem caly ten przybytek wzdluz do konca I z powrotem, oczywiscie udajac ze nie slysze co dwa metry sigariety! Maj frend! Zapraszaju! Zaden z szyldow nie zgadzal sie z tym co bylo w srodku, a wkazdym sklepie bylo to samo – tshirty, srebro zloto, I tandetne pamiatki. A no I sigarjety.

 tu Kasia, jeszcze dwa zdania z innej beczki. Jednym z celow naszej wyprawy do sklepu bylo nabycie dla mnie czegos do czytania. Przywiozlam oczywiscie chyba ze 12 ksiazek, ale juz przeczytalam, niestety.. Jakos szybko mi poszlo na tej plazy i w ogole, wreszcie mam czas na czytanie!! W rozpaczy eksporowalam hotelowa polke z cyklu wez jedna, zostaw inna (ksiazke) ale nie znalazlam nic do czytania w zadnym zrozumialym jezyku - wszystko bylo po skandynawsku!! albo po niemiecku albo po jakiemus dziwnemu. Dopadlam tylko dwa zczytane do cna harlekiny po polsku i az wstyd przyznac, juz je przeczytalam. Matko kochana, wstrzasajaca lektura. Ale jak sie pieknie kochaja te panie w tych przystojnych idealnych opiekunczych kochajacych dzieci i psy facetach.. musze przestac bo mi zaszkodzi. W tutejszej arkadii nabylam za zawrotna sume 57!! funtow harlekina rowniez (bo nie bylo nic tanszego, a nie bede iwestowac 200pln w czytadlo!!), ale przynajmniej po angielsku, jest szansa ze nie wszystko tak idealnie zrozumiem i moze dzieki temu powstrzymam mdlosci. 
ale ja musze miec co czytac..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz