Wlasnie wyszlismy z kolacji, wiec temat jedzeniowy
automatycznie sam sie pcha do opisania..
Coz jedzenie hmmm glownie mozna o nim powiedziec, ze jest. Nawet
duzo go jest. Ale niestety – baaaardzo monotonne ono I do tego jak dla mnie
malo to wszystko jest spozywcze.
Sniadania polegaja na tym, ze jest przogromna ilosc slodkich bulek w
teoretycznie roznych smakach – faktycznie wszystkie smakuja identycznie. Do
tego sa jakies zieleniny, ktorych boimy sie jesc, plastikowy ser, dramatycznie
przepaskudna niby wedlina w sinoburym kolorze (tylko jeden rodzaj, zawsze ten
sam) do tego dla chetnych gotowany peczak I puree ziemniaczane oraz dla mega
odwaznych papka z bobu, do przyprawienia limonka I wedle wlasnej fantazji
innymi przyprawami… W zwiazku z czym jemy codziennie to samo : ja - nalesniki z
mega slodkim dzemem morelowym (I tak mniej slodkim niz truskawkowy ktory sklada
sie juz z samego cukru tylko I wylacznie) pablo – nalesniki polane miodem.
Czasem starczy dla nas francuskich tostowi raz na jakisz czas zalapujemy sie na
niby omlet – rozbeltane jajko smazone na blasze z dodatkiem niestety tej
paskudnej wedliny (jak sie porzadnie poleje keczupem daje rade zjesc..)
Efekt jest taki, ze jestem srednio
szczesliwa bo ja nie znosze sniadan na slodko I do tego w kolko jemy to samo..
Lunch – jest w glupich godzinach, jak dla nas za wczesnie,
czasem udaje sie nam na niego zalapac. Jesli nie zalapiemy sie na luncza w
restauracji pozostaje nam opcja baru na plazy w ktorym w ramch naszego
szalowego all incl mozemy zjesc pizze lub makaron z sosem pomidorowym (pizzy sa
3 rodzaje, margerita, warzywna czyli margerita z papryka I cebula I miesna z ta
ich padlina)
Zestaw jedzeniowy na lunczach I kolacjach jest w sumie identyczny codziennie, zmienia sie
tylko rotacyjnie. Jest pieczony duszony
lub pani erowany kurczak, makaron, ryz,
ziemniaki do tego zawsze identyczna wolowina twarda I zylasta I kompletnie bez smaku. Do
tego zawsze jest jakas dziwna zupka przecierana dla niemowlat.. aaa no I jakis
rodzaj ryby, zazwyczaj biore I karmie tym miejscowe kotecki. Ah I oczywiscie
rozliczne rodzaje fasoli I grochu w roznych formach dla mnie niejadalne z
definicji
Jak tak pisze, to wyglada, ze niby duzo jest tego
wszystkiego, ale de facto jemy 4,5 rzeczyw kolko I juz nam nieco uszami
wychodzi. Oczywiscie, wiem, ze marudze, ale taka juz moja natura.
Za to dzis bylo spaghetti z marchewka… no comments. Ale za
to pan robil przy nas I wybieralismy skladniki (akurat ta marchewka wyszla
przypadkiem) I np okazalo sie ze jednak znaja w tym kraju czosnek!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz