Bylismy, zobaczylismy I wrocilismy, co juz uwazam za nasz
osobisty sukces!
Zgodnie z zapowiedziami wczesniejszymi wybralismy sie
wczoraj popoludniu do miasta Hurgada. Podobno nie ma co jechac przed poludniem, bo raz
ze mega goraco, to zdaje sie ze oni maja
jakas sieste czy cos w ten desen, czemu sie w ogole nie dziwie. Zeby wyjsc z terenu naszego osrodka trzeba przejsc w
upale ok kilometra (naprawde nie przesadzam!) betonowa droga
bez grama cienia zeby w ogole dotrzec do bramy. Przy bramie zlapal nas
obrotny mlodzieniec – wygladal niegroznie, moze dlatego ze mial metr
piecdziesiat w kapeluszu. Oswiadczyl, ze zabierze nas do miasta. Zaciagnal nas
do swego samochodu, podkrecil glosnosc w tej ichniej wyjacej muzyce I przekrzykujac
to wycie wdal sie z nami w pogawedke. Z pogawedki wyniklo, ze nasz kierowca
nazywa sie adam malysz, ze bardzo kiepsko mowi po angielsku I ze ma zaciecie
jako przewodnik wycieczek, bo opowiadal nam co widzimy przez okno: hotel hotel!! Carrefour!! Taaa
Jechalo sie dosc szybko, ale juz na miejscu okazalo sie, ze
pan adam nie zawiezie nas do mariny tak jak prosilismy, bo ma lepszy pomysl! Wysadzil
nas w tzw centrum a nastepnie zaciagnal
do bocznej uliczki, tlumaczac nam zawziecie, ze jak bedziemy chcieli wracac to
mamy wrocic do tej bocznej uliczki I kolega pana adama zadzwoni po niego I on,
adam przyjedzie I nas zabierze do domu czyz to nie wspaniale. No srednio wspaniale, bo nastawilismy sie na spacer
po marinie I robienie tam zdjec a przez swietne pomysly naszego kierowcy na
dzien dobry musielismy te marine odszukac..
Mala dygresja:
Celem naszej wycieczki, oprocz oczywistych celow
krajoznawczych, bylo nabycie kleju typu kropelka, gdyz zaraz na poczatku jeden z
moich klapeczkow postanowil rozpasc sie na czesci skladowe. A ze to moje ulubione
havaianas to postanowilam je ratowac za pomoca kropelki. Niech nikt nie mysli, ze nabycie kleju w kraju
gdzie prawie nikt nie mowi po angielsku a jesli juz nawet to slowo klej nie
wchodzi wsklad jego slownictwa jest takie proste…!
Tym bardziej jestesmy z siebie dumni, ze juz w 15 sklepie
(z farbami I calym bialym montazem, Leroy merlin moze sie schowac) za
zawrotna cene 2 funty nabylismy super glue made in china! Co prawda zanim
trafilismy do sklepu z farbami odwiedzilismy kiosk, apteke, sklep wedkarski,
sklep dla nurkow, sklep dla fryzjerow (fryzjerek tu nie ma jak wiadomo), dochodzac
przy okazji do wniosku, ze mozna nabyc tu absolutnie wszystko I zaden hypermarket
nie jest do tego potrzebny. No moze
odrobina arabskiego by sie przydala bo na migi o kropelce trudno gadac.
Koniec dygresji
Szukajac mariny, a przy okazji rzecz jasna kleju, wpakowalismy sie oczywiscie w jakas
mega slamsowa ulice, gdzie nie bylo w ogole turystow, kobiet moze ze dwie, wyciagaly
rece po bakszysz, nie bylo chodnika, za ta przeokropnie smierdzialo I wszedzie
walaly sie gigantyczne sterty smieci w ktorych,
na szczescie tylko oczyma wyobrazni, widzialam watahy tlustych szczurow. Brnelismy tym smietniskiem dobre 40 minut. Minelismy
piekny meczet otoczony wysokim plotem. Gdy chcielismy wejsc na teren w sensie
za plot w celu zrobienia zdjecia, zostalismy pogonieni. No to zrobilismy
zdjecie przez kraty I poczlapalismy dalej..
Tytulem wyjasnienia, w egipcie jest teraz fala protestow,
nie do konca lapie przeciw czemu oni protestuja, chyba sie im wlasny prezydent
nie podoba, ale efekt jest taki, ze nie mozna pojechac do Kairu ani luksoru.
Ale hurgada niby jest bezpieczna. No I byla bo nikt nas nie zabil ani nie
obrabowal, ale powiem szczerze srednio fajnie sie przechodzi kolo grup
rozkrzyczanych wymachujacych flagami, trabiacych klaksonami tubylcow. Nadalo to
dodatkowy wymiar naszej malej wycieczce.
W kazdym razie lezlismy I lezlismy I lezlismy a mariny ani
widu ani slychu. Minelismy stocznie, jakas rybacka mega smierdzaca przystan I dalej
nic.
Na szczecie na horyzoncie pokazala sie jakas turystka – od razu bylo widac ze nie
jest miejscowa bo miala krociutka spodniczke, ledwo jej tylek zaslaniala no I gola
glowe. Zapytalismy ja gdzie ta marina do cholery! Okazlo sie, ze w ogole nie tu
gdzie bylismy, ze to daleko I zebysmy wzieli taksowke, bo zakosztuje nas
to 5pln a przynajmniej zawioza nas na
miejsce. Skorzystalismy z dobrej rady I juz kilka minut pozniej weszlismy do
tej nieszczesnej mariny. Marina bardzo europejska, przyjemnie kontrastowala z
cala widziana przez nas reszta miasta. W koncu chociaz przez chwile nikt na nas
nie trabil, nikt nas nie zaczepial, nikt sie nachalnie nie glapil (fakt, moze
zle sie ubralam, ale mialam dlugi rekaw! Co z tego ze ta koszula cienka I jak sie ktos
mocno przyjrzy to widac zarys stanika.. oni sie przygladali palanty jedne)
Polazilismy po marinie wracajac do rownowagi po tym smrodzie
I halasie, zrobilismy drobne zakupy pt woda cola itd w pobliskim sklepie (w
miescie jest o 2/3 taniej niz w naszym osrodkowym suparmarkecie) I bylismy
gotowi do drogi powrotnej. Obladowni siatami z piciem jakos nie mielismy ochoty
leciec przez pol miasta na poszukiwanie kolegi naszego kierowcy adama I postanowilismy
zlapac taksowke I pojechac nia do domu. Plan byl prosty I latwy do
zrealizowania bo oczywiscie natychmiast zaczepil nas kierowca taxowki.
Ucieszylismy sie ze tym razem trafil nam sie nie prywatna inicjatywa, tylko
normalna, pomalowana na jaskrawo taxowka z krzepiacym napisem taxi. Ale
niestety – pan oficjalny taksiaz zazyczyl soebie za kurs do naszego hotelu 50
funtow czyli dokladnie 2 razy tyle co zaplacilismy jadac do miasta.
Podziekowalismy grzecznie tlumaczac, ze to zadrogo I ze zaplacimy 20. Pomimo
tego, ze pan kierowca nieco zszedl z ceny nie chcilismy az tak przeplacac. Jak
zorientowali sie ze nic z nas nie wycisna, zlapali jakiegos kumpla prywaciarza
dla nas I przekazali nas pod jego czula opieke. Nasz kierowca prawie wcale nie
mowil po angielsku, ale powiedzial ze ok zawiezie nas do Magawish Hotel. No
dobra to jedziemy. W miedzyczasie okazalo sie, ze ceny oficjalnych taksowek sa
takie wysokie, bo sa jakies duze problemy z benzyna - jak na kraj bylo nie bylo arabski wsio
normalno..
Ale nic to, jechalismy sobie spokojnie o zachodzie slonca,
minelismy kilometrowa kolejke przed stacja benzynowa, a nastepnie nasz zjazd do
hotelu. Dziwne uczucie, mignelo nam przez chwile, ze ale moment, panie
kierowco, prosze nas nie porywac my z polski nie mamy pieniedzy!! Na szczescie
okazalo sie, ze pan kierowca poprostu sie zamysli I zapomnial
skrecic! Przepraszal solennie I wzial sie do zawracania. Poniewaz droga
tu dwujezdniowa a do najblizszej zawrotki niewiadomo ile, postanowil
wykorzystac zawrotki z przeciwnego kierunku. Czyli pod prad niemalze na
wstecznym. Noc juz zapadla I wizja katastrofy ladowej jawila sie coraz wyrazniej,
zwlaszcza ze pan taksowkarz ruszal ze srodka drogi w tempie tutejszych mrowek. W
koncu udalo mu sie odpalic, ruszyc I wlaczyc do ruchu. W nagrode dostal dolara
napiwku.
Chwilowo osobiscie mam dosc wycieczek, mecza mnie te
arabskie miasta jednak mocno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz