środa, 3 lipca 2013

dzien piaty - Wyprawa, czyli tam I z powrotem.




Bylismy, zobaczylismy I wrocilismy, co juz uwazam za nasz osobisty sukces!
Zgodnie z zapowiedziami wczesniejszymi wybralismy sie wczoraj popoludniu do miasta Hurgada. Podobno nie ma co jechac przed poludniem, bo raz ze  mega goraco, to zdaje sie ze oni maja jakas sieste czy cos w ten desen, czemu  sie w ogole nie dziwie. Zeby wyjsc  z terenu naszego osrodka trzeba przejsc w upale ok kilometra (naprawde nie przesadzam!) betonowa  droga  bez grama cienia zeby w ogole dotrzec do bramy. Przy bramie zlapal nas obrotny mlodzieniec – wygladal niegroznie, moze dlatego ze mial metr piecdziesiat w kapeluszu. Oswiadczyl, ze zabierze nas do miasta. Zaciagnal nas do swego samochodu, podkrecil glosnosc w tej ichniej wyjacej muzyce I przekrzykujac to wycie wdal sie z nami w pogawedke. Z pogawedki wyniklo, ze nasz kierowca nazywa sie adam malysz, ze bardzo kiepsko mowi po angielsku I ze ma zaciecie jako przewodnik wycieczek, bo opowiadal nam co widzimy przez okno:  hotel hotel!! Carrefour!! Taaa
Jechalo sie dosc szybko, ale juz na miejscu okazalo sie, ze pan adam nie zawiezie nas do mariny tak jak prosilismy, bo ma lepszy pomysl! Wysadzil nas w tzw centrum  a nastepnie zaciagnal do bocznej uliczki, tlumaczac nam zawziecie, ze jak bedziemy chcieli wracac to mamy wrocic do tej bocznej uliczki I kolega pana adama zadzwoni po niego I on, adam przyjedzie I nas zabierze do domu czyz to nie wspaniale.  No srednio wspaniale, bo nastawilismy sie na spacer po marinie I robienie tam zdjec a przez swietne pomysly naszego kierowcy na dzien dobry musielismy te marine odszukac..
Mala dygresja:
Celem naszej wycieczki, oprocz oczywistych celow krajoznawczych, bylo nabycie kleju typu kropelka, gdyz zaraz na poczatku jeden z moich klapeczkow postanowil rozpasc sie na czesci skladowe. A ze to moje ulubione havaianas to postanowilam je ratowac za pomoca kropelki.  Niech nikt nie mysli, ze nabycie kleju w kraju gdzie prawie nikt nie mowi po angielsku a jesli juz nawet to slowo klej nie wchodzi wsklad jego slownictwa jest takie proste…!

Tym bardziej jestesmy z siebie dumni, ze juz w  15 sklepie  (z farbami I calym bialym montazem, Leroy merlin moze sie schowac) za zawrotna cene 2 funty nabylismy super glue made in china! Co prawda zanim trafilismy do sklepu z farbami odwiedzilismy kiosk, apteke, sklep wedkarski, sklep dla nurkow, sklep dla fryzjerow (fryzjerek tu nie ma jak wiadomo), dochodzac przy okazji do wniosku, ze mozna nabyc tu absolutnie wszystko I zaden hypermarket nie jest do tego potrzebny. No moze odrobina arabskiego by sie przydala bo na migi o kropelce trudno gadac.
Koniec dygresji
Szukajac mariny, a przy okazji  rzecz jasna  kleju, wpakowalismy sie oczywiscie w jakas mega slamsowa ulice, gdzie nie bylo w ogole turystow, kobiet moze ze dwie, wyciagaly rece po bakszysz, nie bylo chodnika, za ta przeokropnie smierdzialo I wszedzie walaly sie gigantyczne sterty smieci w ktorych,  na szczescie tylko oczyma wyobrazni, widzialam watahy tlustych szczurow.  Brnelismy tym smietniskiem dobre 40 minut. Minelismy piekny meczet otoczony wysokim plotem. Gdy chcielismy wejsc na teren w sensie za plot w celu zrobienia zdjecia, zostalismy pogonieni. No to zrobilismy zdjecie przez kraty I poczlapalismy dalej..
Tytulem wyjasnienia, w egipcie jest teraz fala protestow, nie do konca lapie przeciw czemu oni protestuja, chyba sie im wlasny prezydent nie podoba, ale efekt jest taki, ze nie mozna pojechac do Kairu ani luksoru. Ale hurgada niby jest bezpieczna. No I byla bo nikt nas nie zabil ani nie obrabowal, ale powiem szczerze srednio fajnie sie przechodzi kolo grup rozkrzyczanych wymachujacych flagami, trabiacych klaksonami tubylcow. Nadalo to dodatkowy wymiar naszej malej wycieczce.
W kazdym razie lezlismy I lezlismy I lezlismy a mariny ani widu ani slychu. Minelismy stocznie, jakas rybacka mega smierdzaca przystan I dalej nic.
Na szczecie na horyzoncie pokazala sie  jakas turystka – od razu bylo widac ze nie jest miejscowa bo miala krociutka spodniczke, ledwo jej tylek zaslaniala no I gola glowe. Zapytalismy ja gdzie ta marina do cholery! Okazlo sie, ze w ogole nie tu gdzie bylismy, ze to daleko I zebysmy wzieli taksowke, bo zakosztuje nas to  5pln a przynajmniej zawioza nas na miejsce. Skorzystalismy z dobrej rady I juz kilka minut pozniej weszlismy do tej nieszczesnej mariny. Marina bardzo europejska, przyjemnie kontrastowala z cala widziana przez nas reszta miasta. W koncu chociaz przez chwile nikt na nas nie trabil, nikt nas nie zaczepial, nikt sie nachalnie nie glapil (fakt, moze zle sie ubralam, ale mialam dlugi rekaw! Co  z tego ze ta koszula cienka I jak sie ktos mocno przyjrzy to widac zarys stanika.. oni sie przygladali palanty jedne)
Polazilismy po marinie wracajac do rownowagi po tym smrodzie I halasie, zrobilismy drobne zakupy pt woda cola itd w pobliskim sklepie (w miescie jest o 2/3 taniej niz w naszym osrodkowym suparmarkecie) I bylismy gotowi do drogi powrotnej. Obladowni siatami z piciem jakos nie mielismy ochoty leciec przez pol miasta na poszukiwanie kolegi naszego kierowcy adama I postanowilismy zlapac taksowke I pojechac nia do domu. Plan byl prosty I latwy do zrealizowania bo oczywiscie natychmiast zaczepil nas kierowca taxowki. Ucieszylismy sie ze tym razem trafil nam sie nie prywatna inicjatywa, tylko normalna, pomalowana na jaskrawo taxowka z krzepiacym napisem taxi. Ale niestety – pan oficjalny taksiaz zazyczyl soebie za kurs do naszego hotelu 50 funtow czyli dokladnie 2 razy tyle co zaplacilismy jadac do miasta. Podziekowalismy grzecznie tlumaczac, ze to zadrogo I ze zaplacimy 20. Pomimo tego, ze pan kierowca nieco zszedl z ceny nie chcilismy az tak przeplacac. Jak zorientowali sie ze nic z nas nie wycisna, zlapali jakiegos kumpla prywaciarza dla nas I przekazali nas pod jego czula opieke. Nasz kierowca prawie wcale nie mowil po angielsku, ale powiedzial ze ok zawiezie nas do Magawish Hotel. No dobra to jedziemy. W miedzyczasie okazalo sie, ze ceny oficjalnych taksowek sa takie wysokie, bo sa jakies duze problemy z benzyna  - jak na kraj bylo nie bylo arabski wsio normalno..
Ale nic to, jechalismy sobie spokojnie o zachodzie slonca, minelismy kilometrowa kolejke przed stacja benzynowa, a nastepnie nasz zjazd do hotelu. Dziwne uczucie, mignelo nam przez chwile, ze ale moment, panie kierowco, prosze nas nie porywac my z polski nie mamy pieniedzy!! Na szczescie okazalo sie, ze pan kierowca poprostu sie zamysli I  zapomnial  skrecic! Przepraszal solennie I wzial sie do zawracania. Poniewaz droga tu dwujezdniowa a do najblizszej zawrotki niewiadomo ile, postanowil wykorzystac zawrotki z przeciwnego kierunku. Czyli pod prad niemalze na wstecznym. Noc juz zapadla I wizja katastrofy ladowej jawila sie coraz wyrazniej, zwlaszcza ze pan taksowkarz ruszal ze srodka drogi w tempie tutejszych mrowek. W koncu udalo mu sie odpalic, ruszyc I wlaczyc do ruchu. W nagrode dostal dolara napiwku.
Chwilowo osobiscie mam dosc wycieczek, mecza mnie te arabskie miasta jednak mocno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz