Bardzo kiepsko tu z internetem - po pierwsze drogi jest zabojczo, po drugie jak juz sie namyslimy, zeby przyjsc i popisac wieczorkiem, to akurat robia sobie awarie pradu i nie mozna skorzystac z netu..
reasumujac poprzednie dni - jest GORACO!!! my lubimy goraco, bez dwoch zdan, ale ten suchy upal jednak nieco obezwladnia
jedyna opcja jest siedzenie w wodzie, ktora toopcja nadal chwilowo jest dla mnie niedostepna, ale moze juz jutro mi sie uda pomoczyc...
od rana wieje tu jakis sammum czy inna wichura, gorrracy oczywiscie, ale tylko dzieki temu, ze wieje, jest szansa w ogole wytrzymac
zwiedzilismy juz caly teren hotelu, zabawnie jest jak sie dojdzie plaza do konca terenu - robi sie troche jak na starych mapach - pustynia, kamienie i smieci
dzis zaspalismy na sniadanie. jest opcja poznego sniadania na tarasie - sucha bulka z dzemem. ale to tylko czesc prawdy - jest tez wedlina i ser. ser wyglada na plastikowy a wedlina, cytat jak zrobiona z kota. albo dla kota... no wiec zostala bulka z dzemem, ale to tez dla wybranych, bo samum tak daje ze bardziej nieuwaznym zwiewa bulke z talerza.
dobrze ze lancz zaraz. moze bedzie cos nowego, acz ostroznie z nadziejami.
co do pradu - wczoraj i przedwczoraj w okolicy godziny 19ej, czyli oczywiscie po nocy (noc bardzo ladna bo gwiazdzista, ciemna, mniej wieje i jest przyjemnie cieplo) obsluga techniczna albo tutejsza elektrownia (na pare zapewne) wylaczaja tenze w niewiadomym celu. za to ze spektakularnym efektem. egipskie ciemnosci (juz wiemy skad sie wziely) moga turyste nawiedzic np: pod prysznicem - niby nic ale woda tez przestaje leciec, potem mozna albo lapac wode w kilkuminutowych odstepach kiedy na chwile wraca prad, albo czekac godzine z piana na glowie az wlacza prad do konca, ale wtedy nie ma juz nic do splukania.
mozna tez spotkac egipskie ciemnosci przy posilku w restauracji gdzie nagle wszyscy z nozami i widelcami w dloni celuja w talerz po omacku, byle nie w sasiada. idealne warunki na romantyczna kolacje. np. przy siwecach.
troche o cenach. wszystkie dzielimy na pol, zeby otrzymac plny: woda w butelce kosztuje 6 funtow, internet 25 funtow za pol godziny, taxi do miasta 10-20 funtow. pan w sklepiku plazowym usilowal nam opchnac recznik made in china ale oczywiscie "ril koton ser, ril koton!" za jedyne 130 funtow. fakt byl ze sfinksem, niemniej uznalismy ze to troche za duzo, wiec pan dal sie stargowac az do 70 funtow. biedny bo i tak nie kupilismy, liczac na cene 40. z nadzieja liczymy na wycieczke do miasta zeby zobaczyc prawdziwe egipskie ceny.
wczoraj zrobilismy mi prezent w postaci szturmu na supermarket - kupilismy soczek z brzoskwini, soczek z mango, soczek z marakui (made in thailand), soczek z granatow, dr pepper o smaku cherry oraz cole - ta przyjemnosc kosztowala nas 130 funtow. troche duzo jak na allinclusive i zero wydatkow na miejscu. a przed nami wycieczki na wyspy i do miasta, dobrze ze pensja przyszla :)
zaraz idziemy... hm nie wiemy jeszcze gdzie ale pewnie na plaze. albo na wspomniany lancz. i to chyba wszystko na dzisiaj z aktywnosci :D
aha, jeszcze jedno. prosimy nie wyobrazac sobie, ze powodem zaspania w dniu dzisiejszym na sniadanie byla wczorajsza libacja polaczona z niewiadomo jakimi ekscesami. poniewaz jesto nieszczesliwy kraj, tutaj takie rzeczy sa niewykonalne. chociaz sprawiedliwosc trzeba oddac - w ofercie allinclusive jest dostepne wino, piwo, alkohole mocniejsze, prosze bardzo. tyle ze wino nie widzialo winogron, a alkohole wabia sie np. Fineland (dla niewtajemniczonych z reniferkiem w logo). jedynie piwo ratuje nas przed oszaleniem z tesknoty za europejska definicja napojow wyskokowych. w sklepie sa dwa gatunki piwa: heineken free i cos tam jeszcze zero, intuicja nam podpowiada ze interesu nie ubijemy.
w barze na plazy jest prawdziwa stella i henio, po ok. 30 funtow. za mala puszeczke 0,3 :)
wiec ratujemy sie malymi dawkami lokalnego piwa w plastikowych kubeczkach 0,1, przynajmniej szybciej spalaja sie kalorie w dordze z i do baru, a i struktura piasku doglebnie zbadana przy okazji.
jeszcze tylko jedno przychodzi mi do glowy a mianowcie koszmarne roznice temeratur jakie sie nam tu funduje na kazdym kroku.. na dworze jest lekko licza ok 50-60 stopni na slonu a w pomieszczeniach ok 15
ewefekt jest taki, ze boli mnie gardlo i glowa z nosa leci mi fotanna. uroczo tak na urlopie, co nie? a w pokuj ustawiamy klime (pierwszy raz w zyciu, ale na tej pustyni jednak sie bez klimy nie da) na temperature 28 stopni co owocuje milym chlodkiem jak sie wczodzi do pokoju... tylko pan sprzatajacy ustawil nam z powrotem na 20, bo chyba myslal ze nie umiemy sie obhcodzic z elektronika...
ta przymusowo trzezwosc w narodzie zaczyna mnie nieco meczyc - nie po tojade na wywczas, zeby chodzic czezwa jak swinia! i to przez caly czas... ja wszystko rozumiem, ze tu jest bieda, ze to muzulmanie, ze cieplo itd no ale na milosc boskom! trza bylo flaszke bagaz wrzucic jakas jednak.. a na nastepne wakacje ja poprosze do cywilizacji!! nie uwazama za cywilizowany narod, ktory nie produkuje wina!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz